Piękny i nieprzewidywalny - taki właśnie jest sport!

Jeśli już biegniesz, to zawsze walcz do końca, nie bój się utytułowanych rywali.
Jeśli już biegniesz, to zawsze walcz do końca, nie bój się utytułowanych rywali. www.lewandowski-team.pl
Nieprzewidywalność w sporcie – dla jednych niezaprzeczalna zaleta, decydująca o pięknie sportu, zapewniająca niezmiennie mnóstwo emocji i wrażeń, dla innych, szczególnie tych co go uprawiają, wielokrotnie powód do łez i rozpaczy.

Ileż to razy media donosiły o niesamowitych końcówkach meczów, biegów, wyścigów, gdzie o rozstrzygnięciu decydowały pech lub łut szczęścia, przypadek, czy nieuwaga arbitra. To jest nieprzewidywalność znana z medialnego przekazu, dzięki której sport jest tak wyjątkowy i atrakcyjny dla kibiców. Jest jednak też troszkę inny aspekt tego zjawiska, z którym niewątpliwie zmaga się każdy trener czy sportowiec uprawiający jakąkolwiek dyscyplinę. Niedawno na własnej skórze miałem doskonałą okazję, aby się o tym przekonać.

Gdy realizujesz pewien trening, założenia, trzymasz się ściśle wytyczonego planu, to oczekujesz adekwatnych rezultatów. Wszystko masz określone, wręcz matematycznie wyliczone. Nagle przychodzi do weryfikacji wykonanej pracy, stajesz na starcie i… przybiegasz z wynikiem na poziomie tego jaki uzyskiwałeś jako początkujący sportowiec. Zastanawiasz się co poszło nie tak, zaczynasz szukać powodów – nie taki trening, pogoda, rywale przeszkadzali. STOP! Teraz potrzeba Ci dwóch rzeczy – cierpliwości i pokory. Cierpliwości, która uczy, że należy iść konsekwentnie do celu, robić swoje, i nawet jak przegrasz bitwę, mieć w głowie świadomość, że masz wygrać wojnę. Pokory, która przypomni Ci, że sport to rywalizacja ludzi, niedoskonałych i nieprzewidywalnych istot, których nie można zaprogramować jak roboty, gdzie porażka jest wkalkulowana w ryzyko jego uprawiania i trzeba umieć przyjąć ją na klatę.

Tak było z moim startem podczas Diamentowej Ligi w Szanghaju, gdzie trudno było uzyskany wynik zganić na inną strefę czasową, czy fakt, że byłem w trakcie ciężkiego treningu. Ale czasem potrzebne są i takie momenty, żeby sobie uświadomić pewne rzeczy. Część sportowych kibiców na pewno była rozczarowana czy zaskoczona, eksperci z niedowierzaniem kręcili głową. Ja wiedziałem jednak, że trzeba robić swoje, nie możemy zejść z wytyczonej drogi, tylko z powodu jednego potknięcia. Osiem dni później w Hengelo lecę ponad 4 sekundy szybciej, czym uzyskuję kwalifikację na Igrzyska Olimpijskiego do Londynu i "wracam do gry".

Nie ma co ukrywać, zawsze w takich sytuacjach jak nieudany start w Szanghaju pojawia się w sercu pewien niepokój, tak było i ze mną. Ale najważniejsze to wytrwać w dążeniu do celu, mimo świadomości o własnej niedoskonałości i napotykanych niepowodzeń. Wierzyć w to co się robi. Nie bez przyczyny ktoś mądry kiedyś powiedział, że walka o medale rozgrywa się przede wszystkim w głowach sportowców, a wytrenowana sprawność fizyczna to ledwie połowa sukcesu.

Warto także pamiętać, że choćbyś był zaprzęgnięty w najlepszą aparaturę, otoczony najlepszym sztabem fachowców, realizując z aptekarską dokładnością określony trening, może się okazać, że gdy już staniesz na starcie nic nie jesteś w stanie zrobić, aby zapobiec pewnym zdarzeniom, które w jednej sekundzie mogą przekreślić całe lata ciężkiej pracy. Twój organizm odmówi posłuszeństwa, będziesz miał wyjątkowo złą dyspozycję w danym dniu, rywal spowoduje upadek, sędzia podejmie krzywdzącą Cię decyzję – możliwości jest wiele.

Ba, często taka świadomość, że jedna drobnostka może wszystko przekreślić, bardzo paraliżuje sportowców i zaczyna się myślenie o tym co będzie, jak to się stanie. Prawdopodobieństwo rośnie proporcjonalnie do rangi imprezy. To ogromna presja i wyzwania, aby z tym sobie poradzić. Największa sztuka to w takich momentach zebrać się w sobie, oczyścić umysł i skupić się na tym, aby być skutecznym na bieżni. To cechuje wielkich mistrzów i wybitnych sportowców, jak podziwianych przeze mnie Haile Gebreselassie czy Wilfrieda Bungei.



O tym, że nigdy nie można się poddawać, doskonale przekonałem się 3 lata temu podczas pamiętnych Mistrzostwa Świata w Berlinie. W półfinale zostałem przewrócony, co jednoznacznie przekreślało moje szanse na udział w finale. Jednak podniosłem się i dokończyłem bieg. Później nasza ekipa złożyła protest i okazało się, że zostanę dokooptowany do finałowej stawki. Właśnie m.in. dzięki temu, że postanowiłem się nie poddawać i biec do końca było to możliwe. "Od rozpaczy do szczęścia..." - pisaliśmy wtedy na naszej stronie internetowej.

Taki jest właśnie sport, czasem okrutny, czasem piękny, na pewno zawsze nieprzewidywalny. Jestem ciekawy Waszych opinii w tym temacie. Macie swoje doświadczenia, którymi chcecie się podzielić? Zachęcam do dyskusji.

Marcin Lewandowski
Trwa ładowanie komentarzy...