O autorze
Marcin Lewandowski karierę zaczynał w 2002 jako zawodnik niezrzeszony. Od 2005 zawodnik Ósemki Police, a od lipca 2010 broni barw Zawiszy Bydgoszcz. Absolwent wychowania fizycznego na Uniwersytecie Szczecińskim. Trenuje go brat, Tomasz Lewandowski. Jego największe sukcesy to m.in.: 4. miejsce na Mistrzostwach Świata 2011, złoty medal Mistrzostw Europy z 2010

Tym razem się nie udało...

Bracia Lewandowscy - Tomasz i Marcin. W tle stadion olimpijski.
Bracia Lewandowscy - Tomasz i Marcin. W tle stadion olimpijski. www.lewandowski-team.pl
Za mną drugie igrzyska w karierze, impreza do której szykowałem się cztery lata i podporządkowałem całe moje życie. Mimo dramatycznych okoliczności, niewiele zabrakło, aby dostać się do upragnionego finału. Miałem walczyć o najwyższe laury, jednak ostatecznie przegrałem i jako sportowiec czuję z tego powodu ogromny niedosyt.

Rywalizację zacząłem od eliminacji. W nich, jak pewnie wiele z Was zauważyło, nie wyglądałem zbyt dobrze. Mimo, że akurat tego dnia trafiła mi się słaba dyspozycja, to czułem, że awans jest w zasięgu ręki, że spokojnie będę w pierwszej trójce. Niestety, gdy zbierałem się do finiszu, zostałem podcięty przez jednego z rywali, co strasznie wybiło mnie z rytmu i momentalnie siadłem. Początkowo nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, tak czasem jest w ferworze walki. Każdy, kto biegał na zawodach, wie jednak, że takie wybicie, gdy nogi siadają, gdy trzeba wykrzesać z siebie ostatnie pokłady energii, powoduje, że tracisz bardzo dużo. Przybiegłem zupełnie rozbity na szóstej lokacie. Po biegu nawet nie musieliśmy składać protestu, sędziowie sami podjęli decyzję o dyskwalifikacji rywala. Zostałem awansowany do półfinału.

To było jak dar od niebios. Mimo, że po biegu czułem się po prostu źle – psychicznie i fizycznie – postanowiłem zawalczyć w kolejnej rundzie. Nie mogłem przecież ot tak łatwo poddać się, zrezygnować z marzeń, nie mogłem przekreślić czterech lat pracy i wyrzeczeń, zainwestowanych środków, nadziei i oczekiwań, nie tylko swoich, ale i wielu z Was. Powiem szczerze, to był zdecydowanie najtrudniejszy moment w mojej karierze. Praktycznie zawsze do tej pory wszystko mi wychodzilo. Czułem się zdołowany, docierały do mnie negatywne doniesienia z mediów, wielu przestało we mnie wierzyć. Dużo pomógł mi mój brat-trener, który wg mnie jest znakomitym psychologiem, sam kiedyś biegał i zna smak niejednej porażki. Usiedliśmy w spokoju, bez nerwów. Nie mówił zbyt wiele, ale to co powiedział skutecznie podniosło mnie na duchu. Jego rola jest tu nie do przecenienia, za co w tym miejscu mu ogromnie dziękuję. Zebrałem się garść, oczyściłem umysł. Rano wstałem jak nowonarodzony i zmotywowany do walki.

Przede mną był półfinał i to w jakiej obsadzie – aktualny mistrz świata, mistrz Europy, świeżo upieczony rekordzista Hiszpanii i mistrz Ameryki. A miejsca do awansu tylko dwa! Wiedziałem, że rywale są mocni. Ale pomyślałem, że rok temu na mistrzostwach świata w Daegu też byli, a tam zająłem przecież 4 miejsce, ocierając się o medal. Co ciekawe, w moim półfinale biegło aż czterech zawodników z tamtego finału (łącznie ze mną), którzy zajęli w nim odpowiednio 1, 3, 4 oraz 5 miejsce! Wcześniej wygrywałem z nimi na mitingach, więc i teraz dam radę – pomyślałem. Chwila skupienia, modlitwy i byłem gotowy do walki. Walki o finał olimpijski.

Podczas półfinału czułem się już znacznie lepiej, dobra dyspozycja wróciła. Kontrolowałem sytuację, przesuwałem się do przodu. David Rudisha z którym przyszło mi rywalizować, nie poszedł tak szybko jak zakładałem, wiedziałem więc, że czeka nas mocne finiszowanie. Na 200 metrów do mety przesunąłem się przy bandzie szykując do ataku. Przede mną był tylko Kenijczyk i rosyjski czempion Jurij Borżakowski. Na ostatniej prostej chciałem zaatakować, ale ten ostatni zaczął słabnąć, co mnie nieznacznie przyblokowało, wtedy po zewnętrznej poszli Brytyjczyk Andrew Osagie oraz Nick Symmonds z USA. Walczyłem do końca, ale ostatecznie przybiegłem na czwartym miejscu, wyprzedając jeszcze na kratach aktualnego mistrza Europy. Marna to jednak pociecha, bo po zakończeniu kolejnego półfinału okazało się, że jestem pierwszym, który nie wchodzi do finału. Przegrałem zaledwie o 15 setnych sekundy z zawodnikiem, który wczoraj w finale zajął czwarte miejsce, tuż za biegaczami z Arfyki...

Cóż można powiedzieć, po takim biegu. Byłem bardzo niezadowolony. Wiadomo, że uzyskany rezultat mógłby być lepszy, ale na imprezach turniejowych i to jeszcze w fazie kwalifikacyjnej, niezwykle rzadko bite są rekordy życiowe, a biega się głównie na miejsca. Finiszowałem z całych sił, dałem z siebie 100% tego, co miałem w serduchu i nogach, ale i tak okazało się, że tego dnia to nie wystarczyło na rywali. Niedosyt to zbyt małe słowo, żeby oddać to co czułem, bo przecież moim celem był awans do finału. A w nim na pewno podjąłbym walkę o jak najlepszy rezultat i miejsce. Wierzyłem w to bardzo mocno, tak jak wielu sportowych kibiców, chociaż sportowi eksperci, szczególnie zagraniczni analitycy, nie dawali mi większych szans. W sumie trudno było sądzić inaczej, bo w sezonie nie miałem tak spektakularnych biegów jak moi rywale, czy kolega z reprezentacji Adam Kszczot. Mało startowałem, poświęcając się w głównej mierze treningowi do igrzysk. Zaryzykowałem, postawiłem wszystko na jedną kartę, jednak nie wyszło i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Nie pociesza mnie fakt, że byłem drugim Europejczykiem w całej stawce biegaczy, co ujmy oczywiście nie przynosi, ale liczyłem przecież, że skutecznie powalczę z Afrykanami. Nie ma co jednak czarować, okazali się ode mnie po prostu lepsi. A sam finał to było coś kosmicznego, czyste piękno sportu i biegania. Fajnie pisze o nim Jakub Radomski - zobacz artykuł. Ogromnie żałuję, że mnie w nim zabrakło, bo to byłby idealny bieg na rekord życiowy. Chłopakom gratuluję i z podziwem patrzę na uzyskane rezultaty, tym bardziej, że brązowego medalistę (Timothy Kitum) jeszcze nie tak dawno pokonałem w bezpośredniej walce podczas Diamentowej Ligi w Rzymie. Poziom biegu na 800 metrów osiągnął niewiarygodny wręcz pułap.

Co więc dalej po igrzyskach? Może to niektórych zdziwi, ale mam jeszcze większą ochotę do biegania. Szczególnie po tym, co zobaczyłem w finale. Tym razem przegrałem, ale przecież porażka też jest wkalkulowana w ryzyko uprawiania sportu i muszę to wziąć na klatę. Na przestrzeni ostatnich lat, nie raz udowodniłem, że stać mnie na mocne i skuteczne bieganie. Wierzę, że tak będzie jeszcze nie raz. Trzeba zakasać rękawy i pracować jeszcze ciężej do kolejnych imprez. Czy to przyniesie sukces w przyszłości? Tego nie wiem, bo przecież sport to nie matematyka, jest nieprzewidywalny, o czym zresztą pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Ale wiem jedno, zawsze dam z siebie wszystko, tak jak w tegorocznym półfinale.

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim osobom i instytucjom, które wspierały mnie przez całą drogę do igrzysk. Trenerowi, kolegom z teamu, mojej Magdzie, rodzicom, sponsorom (Orlen, Powerade, Adidas), Polskiemu Związkowi Lekkiej Atletyki. Dziękuję również moim wiernym kibicom, którzy w trudnych momentach dawali mi tak potrzebne słowa otuchy i wsparcie. Dziękuję Wam wszystkim, że we mnie wierzycie. Zrobię wszystko, żebyście jeszcze nie raz mieli powody do radości z moich startów. Ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałem.

Marcin Lewandowski
Trwa ładowanie komentarzy...